piątek, 25 lipca 2014

SELF (SAFE) TANNING – ST. TROPEZ SPRAY & MOUSSE






Opalenizna.

Dla jednych symbol ciężkiej pracy na roli (np. Japonia). Innym natomiast kojarzy się ze zdrowym ciałem lub pożądana jest tylko latem. Jeszcze inni obsesyjnie dążą do utrzymania głęboko czekoladowego odcienia skóry przez okrągły rok.
 
Szczerze przyznaję, że znajduję się gdzieś między drugą a trzecią z tych grup. Parę lat temu nie pomagały ostrzeżenia wszystkich wokół, prośby, zakazy. Uparcie wędrowałam do drzwi solarium średnio co trzeci dzień, za co dziś moją biedną skórę po stokroć przepraszam.

Musiał nastąpić przełom drugiej dekady mojego życia oraz pierwsze problemy skórne aby w końcu coś zaczęło do mnie docierać. Swoje zrobiły także wiadomości o coraz bardziej powszechnych chorobach nowotworowych. 

W końcu postanowiłam coś zmienić. Zaczęłam poszukiwać zdrowszych metod opalania. Pojawił się pomysł opalania natryskowego, ale to nie na moją kieszeń. I tu zwróciłam się ku samoopalaczom.

Nigdy do tej pory nie ufałam fenomenowi tych kosmetyków. Przerażały mnie potworne ‘maźki’ czy tam ‘smugi’, zwał jak zwał, powstające przy każdym jednym ruchu. Nie wierzyłam, że istnieje jakikolwiek sposób aby tego uniknąć. 

Podążając ścieżką od opalania natryskowego, odkryłam samoopalacz w sprayu. Pierwszy taki produkt marki CURASANO nabyłam w lokalnym solarium, za kwotę 28€. Moje oczekiwania wobec produktu były bardzo wysokie. Miał w końcu konkurować z wygodnym leżeniem przez 10min i utrzymujcą się długo opalenizną. Zamierzałam po prostu spryskać się i być gotowa do wyjścia. 

Zachęcający napis na butelce „discover your happiness in a bottle!” zmotywował mnie aby wykonać porządny peeling (czego dotąd nigdy nie robiłam!). Jest to niezbędna czynność aby osiągnąć równomierny kolor. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że nie wystarczy spryskać się opalającą mgiełką, lecz produkt należy jeszcze wsmarować. Dodatkowo, osiągnęłam kolor dojrzałej pomarańczy. 

Miało być inaczej!


Uwierzyłam jednak w potencjalny sukces samoopalaczy. Tak zaczęło się badanie forów, czytanie opinii. Trafiłam na www.beautybay.com gdzie zamówiłam zestaw do samodzielnego opalania z prawdziwego zdarzenia. Wybrałam markę ST. TROPEZ, która cieszy się doskonałymi opiniami wśród internautów. Innowacyjne produkty oraz poręczne opakowania rzeczywiście zasługują na miano profesjonalnych. Do wyboru są także dwa odcienie. 

Jako osoba poszukująca produktu gwarantującego naprawdę ciemny odcień zdecydowałam się na kolor DARK. Postanowiłam skonfrontować możliwości spray’u z moim poprzednim produktem, a także przetestować mus, który ma tak pochlebne opinie, że aż trudno uwierzyć! Nie mogłam oczywiście zapomnieć o „łapce” do rozsmarowania. 

Serwis Beautybay zaskoczył mnie darmową wysyłką oraz dołączonym gratisem – balsam nawilżający ST. TROPEZ. Chyba nie mogłam lepiej trafić!

Działanie kosmetyków jest po prostu genialne! Piękna brązowa opalenizna dosłownie natychmiast! Co więcej, jej odcień pogłębia się przez kolejne 8 godzin. Mus jest naprawdę rewelacyjny, choć spray dzielnie go goni. Oba są łatwe w rozprowadzeniu i rzeczywiście nie zostawiają smug. Nie ma też irytującego zapachu „solary” ;) Skóra prezentuje się naprawdę pięknie i nie jest taka sucha jak po solarium. W dodatku o ile zdrowszą metodą!

Gorąco polecam te produkty! 

A wy co sądzicie o samym w sobie opalaniu? Hot or not? Plaża, samoopalacz czy solarium? Żadne z powyższych?
Dajcie znać w komentarzach!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz